Wywiad z Grzegorzem Pasztą – Attache Prasowym Renault Polska Sp. z o.o.
MotoKariera: Zacznijmy od tego skąd w Pana życiu wzięła się motoryzacja – czy był to przypadek czy może świadomy wybór?
Grzegorz Paszta: Mam na biurku zdjęcie z czasów drugiej klasy liceum ogólnokształcącego, na tym zdjęciu stoję z tarczą szkolną ucznia LO, a zdjęcie zrobione jest przy samochodzie Renault 5 Alpine startującym w Rajdzie Warszawskim chyba w 1978 roku. To pierwsza namacalna pamiątka, mój pierwszy dowód na początki mojego zainteresowania samochodami.
MK: Nie dość, że motoryzacja to jeszcze Renault
GP: No właśnie, właściwie całą szkołę podstawową interesowałem się Renault i naprawdę sporo o tych autach wiedziałem, zawsze mnie ciekawiły, a gdy już pojawiła się ta Renault Alpine - oszalałem (śmiech). Takie były początki.
MK: Bardziej pociąga Pana estetyka, technologia? Tak dużo jest przyjemności, które płyną z samochodów i tak wiele rzeczy nas w nich interesuje.
GP: Trochę pociągała mnie szybkość, próbowałam nawet startować w KJS-ach, ale to nie było to. W samej jeździe samochodem bardziej fascynuje mnie teren, pokonywanie bezdroży. Jednak chyba najbardziej interesował mnie biznes samochodowy - w sensie dużej organizacji w branży samochodowej, czyli nie tylko w sama sprzedaż samochodów czy technika samochodowa, ale wszystko łącznie z projektowaniem samochodu, budowaniem go, organizowaniem taśm produkcyjnych, dystrybucją samych aut i dopiero potem sprzedawaniem. Przy tej sprzedaży najdłużej się zatrzymałem.
MK: Można powiedzieć, że Pana staż w Renault osiągnął już dojrzałość. Czy można pracować w tej samej firmie nie nudząc się czy może Renault to już nie ta sama firma? Zaczynał Pan kilkanaście lat temu od pracy z kilkoma osobami dziś firma zajmuje duży budynek – może to już inna organizacja?
GP: Uważam, że w koncernie samochodowym da się pracować tyle lat, gdyż koncern ma ogromną zaletę - oferuje przeogromne możliwości w obrębie jednej branży i jednej firmy. Koncern pracuje na bardzo szerokich polach – od konstruowania poprzez produkcję, transport, sprzedaż, marketing, szkolenia – cały personel wymaga przecież nieustannego kształcenia. Do samochodów potrzeba też przecież części, serwisu , wreszcie komunikacja prasowa i w ogóle cała, charakterystyczna dla dużych organizacji komunikacja . - każde z tych pól działalności to w zasadzie mini branża w ramach jednej firmy. Jeśli więc pracownik jest rzeczywiście zainteresowany branżą motoryzacyjną to akurat w koncernie naprawdę ma bardzo szerokie możliwości.
MK: Tak jest w każdym koncernie czy takie możliwości daje tylko Renault?
GP: Ja znam dobrze możliwości, jakie są w mojej firmie – w Renault, zresztą organizacja korporacji aż się prosi o to by dla jej dobra pracownicy w niej wędrowali i z mojej wiedzy wynika, że jest to częste zjawisko. Czasem zaczyna się u dołu drabiny hierarchicznej koncernu, a potem przez całe swoje życie zawodowe zdobywa się kolejne pozycje, kolejne szczeble. Przy czym w korporacji podoba mi się także to, że gdy mówi się o niższych szczeblach to jest to pojęcie względne. Korporacja składa się z komórek mocno na siebie zachodzących, zazębiających się. Brak którejkolwiek z nich to problem, mechanizm staje – niczym w silniku samochodowym, jeden niewłaściwie działający element zatrzymuje urządzenie. W tym sensie nie ma podziału na stanowiska niższe – mniej ważne i te bardziej wartościowe.
MK: A jak rozpoczęła się Pana przygoda z Renault?
GP: Zaczynałem jako handlowiec sprzedając samochody, w nowo powołanym Dziale Zamówień Zbiorowych i Specjalnych, dziś jest to duża i ważna dyrekcja.
MK:To rozumiem, że chodziło o sprzedaż flotową?
GP: Tak, to była komórka, która zajmowała się sprzedażą dużej ilości samochodów w jednym kontrakcie oraz obsługą klientów „specjalnych” - osobistości, celebrytów, dyplomatów – osób, które szukały kontaktu z centralą firmy i wybierały ten kierunek zakupu auta. To były moje pierwsze dni. Muszę się pochwalić, że pierwszego dnia pracy....
MK: Sprzedał Pan samochód?
GP: Sprzedałem sześć samochodów – sześć Renault Espace!
MK: Dobry motywator na sam początek
GP: Tak, uznałem to za doskonały start i już dalej nie mogło pójść źle
MK: Jak to się stało?
GP: To nie była kwestia moich umiejętności handlowych, bo dziś mogę się przyznać, że byłem wtedy kompletnie zielony, a miałem tylko na wyposażeniu entuzjazm i zapał. Zadzwonił więc telefon i po krótkiej rozmowie dostałem zamówienie – idealna sytuacja na początek mojej pracy
MK: Uważa Pan, że dobrym handlowcem trzeba się urodzić czy można się tego nauczyć, bo w tej materii zdania są podzielone.
GP: Można się nauczyć wielu technik handlowych, gdyż handlowanie składa się z dwóch działów – pierwszy z nich to, to co ludzie mają w sobie, czego trudno się nauczyć: entuzjazm, otwartość, ciekawość innych ludzi, chęć do rozwiązywania problemów, chęć do zagłębiania się w relacje międzyludzkie nawet nieco głębiej niż typowa relacja klient – sprzedawca, drugi dział to umiejętności handlowe, a więc techniki do nauczenia się – techniki prowadzenia rozmowy handlowej. Jednak gdy brakuje tego pierwszego to będziemy tylko dobrymi, wyuczonymi sprzedawcami. , Z cechami charakteru odpowiednimi do zawodu będziemy naprawdę handlowcami, którzy z czasem przekształcają się w doradców, a to już wysoki poziom handlowania.
MK: Przerwałam Panu, jeśli chodzi o początki...
GP: Przez 6 kolejnych lat w centrali Renault pracowałem, tak jak wspomniałem w Dziale Zamówień Zbiorowych i Specjalnych i byłem pierwszym i jedynym handlowcem tego działu. Potem ten dział się rozbudowywał i było nas coraz więcej, po pewnym czasie zacząłem specjalizować się w samochodach użytkowych: dostawczych, furgonach, zabudowach tych samochodów; wtedy zresztą rodził się ten rynek.
MK: To chyba bardzo ciekawe. Gdy rekrutuję tego typu sprzedawców często mówią oni, że to zadanie dużo bardziej odpowiedzialne i rozwijające niż sprzedaż samochodów osobowych, gdyż cały czas coś się dzieje, każdy samochód jest inny, można bardziej dopasować się do klienta, zaproponować rozwiązanie, którego klient się nie spodziewa.
GP: tak, to prawda choć przy sprzedaży samochodów osobowych też można znaleźć dokładnie to samo. Potrzeby klientów i ich pomysły na własny samochód są bardzo różne i to zawsze jest wyzwanie, a w samochodach dostawczych fajne jest to, że trochę inne są rozmowy. Ma się do czynienia z szefami parków samochodowych, zawodowymi kierowcami, to są ludzie bardzo konkretni, świadomi swoich potrzeb i to nie znaczy, że wtedy rozmowy są prostsze – wprost przeciwnie, czasem wymagania stawiane handlowcom są bardzo wysokie a naszym zadaniem jest je spełnić. Wtedy w Polsce rodził się ten rynek – rodziły się własne inicjatywy, a ludzie zaczęli odkrywać możliwość dopasowania samochodów ich do ich potrzeb, ich przebudowy. Proszę sobie wyobrazić, że dopiero w latach 90 w Polsce zaczęto odkrywać samochody, które pozwalały na przykład na przewożenie produktów żywnościowych w warunkach, które zakładały standardy europejskie. To była bardzo fajna praca – mieszanina inżynierii samochodowej i komunikacji handlowej.
MK: Co było potem?
GP: Potem przez 5 lat pracowałem w Dyrekcji Marketingowej Renault Polska i objąłem tam właśnie tą działkę samochodów użytkowych. Jako Szef Produktów i byłem odpowiedzialny za modele: Kangoo, Trafic, Master i ich modyfikowane wersje. To była w sumie dalej sprzedaż, ale nie bezpośrednia, nie końcowemu użytkownikowi, ale poprzez sieć koncesjonerską. Później pracowałem w Dyrekcji Handlowej prowadząc projekt pod nazwą „Centrum Obsługi Firm”. Zależało nam wtedy na przystosowaniu punktów dealerskich do obsługi klientów instytucjonalnych, przedsiębiorców, firm, oraz obsłudze dużych flot, samochodów modyfikowanych, dostosowanych do klienta instytucjonalnego. Wtedy sieć Renault była jedną z pierwszych sieci handlowych, specjalizujących się w tym kierunku również w Polsce, a ja byłem szefem tego projektu.
MK: Wydaje się, że była to praca bardzo mobilna?
GP: Tak, byłem w ciągłym kontakcie z punktami koncesjonerskimi, specjalizacja wymagała zarówno prostych zabiegów typu oznakowanie, ale i bardzo trudnych, jak przygotowanie warsztatów do przyjmowania dużych pojazdów, co się niejednokrotnie wiązało np. wymianą bramy wjazdowej . Wprowadzaliśmy też wtedy ciekawe usługi np. pierwszy raz narodził się w Renault projekt Renault Jokey, który polegał na odbiorze samochodów do naprawy i odwożeniu ich po naprawie w miejsce wskazane przez Klienta. To było niezwykle pomocne. Potem uznałem, że te dość spore doświadczenie w sprzedaży, gamie produktowej, komunikacji sprzedażowej mogą przydać się innym – młodszym handlowcom i tak oto mam za sobą sześć bardzo przyjemnych, ale i trudnych lat w szkoleniach. Podjąłem się szkoleń j handlowców – personelu salonów.
MK: To były szkolenia bardziej ustrukturalizowane czy może coachingowe? Gdy pojawiał się problem, reagował Pan, obserwował i dopiero wtedy tworzył szkolenie?
GP: Tak, zwłaszcza, że prowadziliśmy te szkolenia nie w formie wystandaryzowanej, a warsztatowej. Polegało to na pracy w malutkich grupach, a nawet indywidualnej. Po trzech, czterech dniach szkolenia uczestnicy wychodzili na czworakach wymęczeni, ale wzbogaceni o nową wiedzę. Dziś z satysfakcją obserwuję moich dawnych uczniów, dzisiaj wyśmienitych handlowców. Przyglądanie się ich pracy to czysta przyjemność..
MK: Potem w CV pojawiło się już obecne stanowisko?
GP: Tak, potem zapragnąłem jeszcze bardziej podciągnąć mój poziom umiejętności komunikacyjnych przewidując, że komunikacja prasowa, z dziennikarzami jest tym wysokim poziomem komunikowania się. To przecież współpraca z ludźmi, którzy językiem i piórem posługują się na co dzień, co wynosi wymagania komunikacyjne na najwyższy poziom. To wyzwanie bardzo mnie pociągało.
MK: użył Pan słów, że „chciał” Pan podnieść swoje kwalifikacje. Jak wyglądały takie przejścia czy wystarczy pójść do zarządu i zgłosić swoje chęci czy te wszystkie propozycje wychodziły z tzw. góry?
GP: W korporacjach pracownicy zmieniają posady, działy i wtedy ogłaszane są rekrutacje wewnętrzne na zwolnione stanowisko. Taka rekrutacja na stanowisko Attache została otwarta, złożyłem tam swoją aplikację i po wielu zabiegach okazało się, że przeszedłem pomyślnie cały proces rekrutacyjny.
MK: Na czym polega praca attache prasowego. Jakie obowiązki należą do Pana?
GP: W dużym skrócie moja praca polega na utrzymywaniu relacji prasowych pomiędzy Renault a dziennikarzami.
MK: Celem jest by dużo i dobrze się pisało?
GP: Tak, bezwzględnie tak, choć celem attache prasowego jest głównie utrzymywanie na takim poziomie relacji prasowych by skutkowało to zaspokojeniem potrzeb dziennikarzy czyli potrzeb w zakresie zdobywania materiałów, fotografii, wypowiedzi cytowanych osób, a z drugiej strony jest oczywistą rzeczą, że występowanie Renault w mediach jest niezwykle istotne.
MK: Czyli po raz kolejny w Pana karierze mamy do czynienia ze sprzedażą, tym razem wizerunku?
GP: Tak, to znowu sprzedaż, ale innego produktu. Teraz już, pracując w relacjach prasowych drugi rok widzę różnice między sprzedażą samochodów, ich reklamą, a pracą w relacjach prasowych. Wiarygodny rzecznik prasowy musi różnić się od dobrego handlowca.
MK: Na czym powinna polegać ta różnica? Na podejściu do tematu, na cechach osobowości?
GP: Osobowość jest też ważna, ale przede wszystkim na sposobie wykonywania swojego zawodu. O ile przekaz handlowy czy reklamowy musi zawierać w sobie ładunek przekonania odbiorcy do zakupu, o tyle myślę, że dobry przekaz PR-owy nie powinien zachęcać do zakupu, a ocenę tego produktu zostawić odbiorcy komunikatu. Powinien koncentrować się na przekazaniu wiadomości, informacji, które dziennikarzowi mogą być przydatne do stworzenia własnego przekazu. Dlatego, o ile w przypadku handlowca ogromny ładunek emocjonalny skierowany w stronę produktu jest jak najbardziej na miejscu, o tyle w relacjach prasowych dobry rzecznik powinien być neutralny.
MK: Wspomniał Pan, że praca jako attache to osiągnięcie pewnych wyżyn komunikacji, co jeszcze trudnego jest w tej pracy?
GP: Niesamowite obciążenie czasowe – oczywiście z tym również spotykałem się wcześniej np. przy sprzedaży samochodów, ale jednak takiej presji czasowej jaką mam tutaj nie miałem przez całe moje życie. Taka branża.
MK: Takie obciążenie czasowe to dla Pana adrenalina czy stres?
GP: Zawsze jedno i drugie – fajna adrenalina, gaszenie pożarów, które wybuchają w tempie niesłychanym i kończenie dnia, bo tu nie mówi się o kończeniu miesiąca, pozytywnie, daje naprawdę dużo satysfakcji, pozytywne zmęczenie. To jednak też generuje duży stres i radzenie sobie z nim to duże wyzwanie.
MK: Największy sukces na stanowisku attache? Z czego jest Pan naprawdę dumny albo co okazało się nie do zrobienia, a jednak udało się to przejść?
GP: Całkiem niedawno miałem spotkanie z dziennikarzem chcącym zrobić program, reportaż na konkretny, wybrany przez niego temat i proszony byłem o wypowiedź w tej sprawie i oficjalne stanowisko. Bazując na mojej wiedzy technicznej uznałem ten konkretny temat za niezbyt trafny, przede wszystkim ze względu na duże doświadczenie i dobre przygotowanie techniczne odbiorców medialnych informacji, związanych z motoryzacją. Udało mi się przekonać dziennikarza, tym samym przydałem się dwojako – dając informacje, które były mu potrzebne, po drugie również dzieląc się z nim moim pojęciem postrzegania tego konkretnego tematu przez widzów programu. Tu zrozumiałem, że dziennikarz nie musi być ekspertem w każdej dziedzinie – to nie jego rola. Jego rolą jest rzetelne przedstawienie tematu. Zrozumiałem wtedy też swoją dodatkową rolę – to ja mam być ekspertem zawsze, kiedy tylko moja wiedza czy doświadczenie pozwalają mi na to..
MK: Z tych widocznych sukcesów ja wspomniałabym o Robercie Kubicy w Poznaniu. To było ogromne wydarzenie i myślę, że warto spojrzeć na nie w kontekście koncertu Stinga, który będzie miał miejsce w Poznaniu za kilka dni. Ogromna gwiazda przyjeżdża do Polski, mamy otwarcie stadionu na Euro, tymczasem ten temat nie jest aż tak głośny, a emocje tak duże jak w lipcu. Jak udało się Renault uczynić temat Formuły 1 w Poznaniu tematem numer 1 i sprawić by emocje tak wielu Polaków sięgnęły zenitu.
GP: Mamy Polaka w absolutnej elicie Formuły I. Nazwisko Roberta Kubicy, jego pochodzenie, narodowość jest dla polskich kibiców Formuły 1 niezwykle istotne.. Wcześniej Polacy aż tak bardzo wyścigami się nie interesowali, teraz zainteresowanie jest przeogromne. To zresztą Polakom bardzo potrzebne – im więcej liderów, którzy ciągną Polaków do własnych sukcesów tym lepiej. Do tego dochodzi bardzo dobry samochód, który dobrze się spisuje i z wyścigu na wyścig jest modyfikowany, ulepszany.. To doskonale, że Robert Kubica ma tylu fanów w Polsce i udało się ich wszystkich razem zebrać.
MK: To jednak skromność, bo mówimy o tym, co się wydarzyło, ale żeby to mogło się wydarzyć musiało nastąpić ze strony zespołu Renault na pewno wiele prac?
GP: Tak (śmiech) to ogromny projekt – w jednym miejscu pojawiło się 140 000 ludzi. To projekt związany z wyzwaniem technicznym, ze sprowadzeniem całego teamu (to nie tylko samochód tylko cała masa urządzeń, ludzi) ,z ogromnymi pracami nad zabezpieczeniem toru. Bolid pędzący 300 km/h nie może przeciez powodować zagrożenia dla kibiców – były więc i koszty, ale najważniejsze, że było to udane i imponujące wydarzenie. Miło się wspomina...Mamy Polaka w Formule I i sama postawa pana Roberta, jego osobowość wzbudza zainteresowanie i emocje.
MK: Rozmawialiśmy o szansach, z jakimi łączy się praca u importera, a z czym wiąże się jeszcze etat w tak dużej jednostce organizacyjne na rynku motoryzacyjnym?
GP: Wiąże się z pojęciem klienta – nieustannie. To mój kolejny poziom w strukturach Renault i za każdym razem niezależnie od funkcji i czynności, które mam zrobić pojawia się Klient. Definicja klienta na każdym z tych poziomów, prawidłowa definicja gwarantuje sukces. Kim jest klient w salonie samochodowym, gdzie kupuje czy reperuje samochód i jakie są zależności nie trzeba tłumaczyć. Na poziomie Dyrekcji Marketingu Krajowego mając za zadanie tworzenie akcji animacyjnych u dealerów bezpośrednim klientem jest koncesjoner – dokładnie ta sama relacja musi obowiązywać tutaj, ten sam szacunek i zainteresowanie odnajdowanie potrzeb i to głębokich, nie tylko deklaratywnych, potrzeby kryją si ę głębiej, bo tam można się dowiedzieć, co jest dla Klienta ważne, do czego dąży, o czym marzy. Potem zaczynasz szkolić i znowu masz przed sobą swoich klientów – w moim wypadku handlowcy, personel sprzedażowy to byli moi klienci, ze swoimi bólami, umiejętnościami, problemami, żywi ludzi i mnie znów obowiązywała zwykła definicja klienta i szacunek wobec niego. Dziś pracuję z dziennikarzami i nie muszę chyba mówić według jakiej definicji (śmiech). To są dla mnie moi klienci ze swoimi kłopotami, ograniczeniami np. cyklem wydawniczym. Na każdym poziomie pracy w korporacji ta definicja jest kluczowa.
MK: Korporacja to międzynarodowe środowisko. W takim środowisku pracuje się łatwiej, trudniej? Czy widzi Pan jakieś różnice kulturowe, które sprawiają, że trzeba się dopasować, znaleźć wspólny mianownik czy te różnice rozmywają się w strukturach firmy?
GP: Na początku lat 90, gdy tworzyła się polska filia Renault zauważaliśmy różnice kulturowe, różnice organizacyjne między polską centralą, a francuską. Wynikało to ze słabego wyposażenia technicznego u nas w Polsce, może trochę z przyzwyczajeń do innego stylu pracy, ale to szybko zanikło. Teraz, już nawet od wielu lat, różnic między pracą polskiej centrali a francuskiej ja nie dostrzegam. To jest ten sam system organizacyjny, to samo zaangażowanie i profesjonalni ludzie. Te same standardy systematyzujące naszą pracę, które są sensowne i z niewielkimi zmianami dają się zaadoptować w każdej filii – różnic nie ma w zasadzie żadnych. Co ciekawe teraz jestem również odpowiedzialny w relacjach prasowych za kraje bałtyckie – Litwę, Łotwę i Estonię, i tam spotykam się z większymi różnicami kulturowymi, rynkowymi, ekonomicznymi - i to bardzo ciekawe doznanie i lubię się w to zagłębiać. Organizacja pracy i sama osobowość np. typowego Estończyka jest nieco inna – co wymaga zmiany sposobu prowadzenia rozmów biznesowych, nie można patrzeć stereotypowo.
MK: Jeśli chodzi o rynek działań PR, działania w Polsce i w krajach nadbałtyckich są zbliżone?
GP: Działania prowadzone w Polsce są adoptowane do tamtejszych rynków, zakres naszej aktywności, salony, serwisy to wszystko funkcjonuje tak samo, w np. Estonii od nieznanej marki staliśmy się czołową marka pod względem sprzedaży, a więc nasze działania się udają. To niby łatwiejsze niż w kraju w którym żyje 38 milionów ludzi, ale z drugiej strony to trudne, bo ekonomicznie, gospodarczo i jeśli chodzi o styl życia to inne warunki.
MK: Czy aby pracować w Renault trzeba znać język francuski na każdym szczeblu organizacji?
GP: Tak, na szczeblu wymagającym kontaktowania się z producentem tak. Jednak obecnie cała korespondencja między francuską centralą a polską filią odbywa się w także języku angielskim. Od chwili gdy 10 lat temu został zawarty alians między Renault a Nissanem język angielski pojawia się jako drugi, już dzisiaj w zasadzie równoległy z francuskim . Więc w zasadzie na Pani pytanie powinienem odpowiedzieć „trzeba znać angielski lub francuski” , francuski oczywiście zrobi większe wrażenie (śmiech).
Warto tez wiedzieć, ze jeżeli pracownik przechodzi na stanowisko wymagające znajomości innego języka obcego niż ten, którym się aktualnie posługuje, firma proponuje mu kursy nauki języka, także w trybie przyspieszonym).
MK: Jakie kryteria bierze pod uwagę marka Renault rekrutując ludzi? Czy liczy się pasja i entuzjazm czy krytyczne są wszystkie kryteria merytoryczne?
GP: Mogę powiedzieć co dla mnie byłoby najważniejsze, chociaż nigdy nie rekrutowałem ludzi w koncernie, a jedynie prowadziłem pomocnicze rozmowy kompetencyjne z kandydatami. Rekrutując kierowałbym się przygotowaniem zawodowym i merytorycznym, ale w dzisiejszym świecie to łatwe – mamy ogromne pole do wykształcenia, więc zakładam, że kandydaci w tej materii byliby przygotowani, szukałbym więc prawidłowej definicji klienta. Gdy zauważyłbym prawidłowe rozumienie tej definicji i chęć do pracy według niej skłaniałoby mnie to do zatrudnienia tego kandydata..
MK: Co doradzałby Pan ludziom – zwykle młodym, którzy marzą o pracy z samochodami – chcieliby być jak najbliżej ich, a praca u importera kojarzy im się z czymś nieosiągalnym. Co zrobić by być tego jak najbliżej? Czy da się to zrobić?
GP: Oczywiście, jeśli czegoś się naprawdę chce to można to osiągnąć. Ja mając 10 lat wiedziałem już sporo o Renault i zawsze wiedziałem, że będę tu pracował. W szkole średniej rozgłaszałem opinię, że będę pracował w Renault, co wywoływało pukanie się w czoło moich kolegów i uśmieszki u nauczycieli.
MK: Była okazja się pochwalić?
GP: Tak, byłem na zjeździe absolwentów i pochwaliłem się, to zrobiło wrażenie (śmiech). Wracając jednak do pytania trzeba naprawdę chcieć, mieć plan własnego rozwoju, wiedzieć o stanowisku, na które chciałoby się ubiegać, spotykać się z ludźmi, którzy to robili lub robią i rozmawiać z nimi. Ludzie to żywe i najbardziej wierne źródło informacji o zawodzie i miejscu pracy. Trzeba też wiedzieć jakie kompetencje są potrzebne – o to trzeba zadbać samemu. To już nie czas gdy uczymy się wszystkiego na miejscu pracy, w pracy człowiek się wdraża, ale wcześniej trzeba wiele wiedzieć, przygotowywać się. Po drugie trzeba chcieć – to mogę powtarzać, bo to ważne.
MK: Rekrutując ludzi dostaję czasem od Pracodawców informacje, że kandydaci nie muszą lubić samochodów. Mają być skutecznymi sprzedawcami lub osobami biegłymi w obsłudze klienta czy mając doświadczenie w szkoleniu ludzi uważa Pan, że takie osoby mogą być skuteczne i wiarygodne?
GP: Pojęcie handlowca wynika z definicji książkowej i definicji ludzkiej. Według tej pierwszej człowiek wyszkolony, nauczony czynności, które musi wykonać będzie dobrym, poprawnym handlowcem i może tak wiele lat pracować przy zadowoleniu swoim i klientów. Gdybym jednak mógł wybierać wolałbym handlowca z pasją, który ma ciekawość klienta i osiągnie tym samym wyżyny zawodu to zresztą dotyczy pracy na każdym stanowisku.
MK: Nigdy nie miał Pan dość samochodów? Momentu, w którym chciał Pan spróbować czegoś nowego?
GP: Nie, nigdy. U nas w koncernie ciągle dzieje się coś nowego, ciekawego,. Gdybym chciał już koniecznie odpuszczać samochody Renault bo to sprawdzone auta to pojawia się taka grupa jak Dacia – fenomen biznesowy na rynku samochodowym i pojawia się mnóstwo tematów do zrobienia, mnóstwo wyzwań, jak choćby rewolucjonizujący rynek Duster. Nawet gdyby się chciało odpocząć to bieg wydarzeń na to nie pozwoli.
MK: Odejdźmy wobec tego od Pana ciekawej drogi zawodowej i pozostańmy jeszcze chwilę w temacie Renault. Każdy z nas ma swoje przemyślenia na temat konkretnych marek, samochody to emocje, opinie, bezpieczeństwo, innowacja. Z czym powinno kojarzyć mi się Renault, jaki jest przekaz marki?
GP: Mi Renault kojarzy się z trzema tematami. Bezwzględnie z ekonomiką i ekologią, bezwzględnie z bezpieczeństwem – 12 modeli ma najwyższy poziom ENCAP – każdy model wyczerpuje możliwości testu, to ogromny postęp (rozbijając we własnych testach dziennie po kilka samochodów) i niezawodnością. Różnica między samochodami z początku lat 90, a tymi dzisiejszymi to ogromny skok technologiczny i chyba właśnie w tej materii odczuwam największą dumę. Ja pracuję przy tych samochodach od 20 lat, obserwuję je, pamiętam ich konstrukcje, porównuję z dzisiejszymi i to jest przepaść. Inżynieria i technologa, a co za tym idzie niezawodność postępują w niesamowitym tempie. Podsumowując: ekologia, bezpieczeństwo i niezawodność.
MK: A estetyka?
GP: Designerzy samochodowi noszą na plecach ciężki plecak – modę, to co jest na topie, co jest gorące, co dobrze się przyjmie. Gdyby nie mieli tego plecaka to mogliby się niesamowicie rozpędzić (śmiech), dowodem może być Avantime. Dobry designer może połączyć własną wizję, artystyczną doskonałość i oczekiwania klientów. Designerzy Renault to najwyższa klasa, marka nie korzysta z biur designerskich tylko jako jedna z niewielu firm ma własne biuro konstrukcyjne Losange. To ogromne centrum projektowe, w którym pracują „inni” ludzie.
MK: Artyści?
GP: No właśnie. Byłem tam niedawno, szedłem do biura projektowego myśląc, że za komputerami siedzą inżynierowie i projektanci w garniturach, którzy za naciśnięciem klawiszy komputerów projektują jakieś grafiki, tymczasem w ogromnym, przeszklonym pomieszczeniu, kręcą się ubrani w jeansy i T-shirty ludzie niekiedy w bardzo młodym wieku,a na ich stołach stoją supernowoczesne komputery, ale też farby i pędzle, a oni umazani farbą stawiają na kartonach plamki. Każda plamka wywołuje komentarze wszystkich dookoła. Okazuje się, że design wcale nie powstaje od zera na komputerach, a w głowie ludzkiej, potem ruchem dłoni. Droga do nadwozia w komputerze jest daleka. Bez człowieka się nie obejdzie.
MK: Czym zaskoczy nas Renault w najbliższym czasie?
GP: Bezwzględnie zmianą napędów w samochodach. Jestem prawie pewien, że przyszłość samochodów należy do aut, które nie będą wytwarzały spalin ani hałasu, choćby ze względu na ograniczone źródła ropy naftowej na świecie. Renault poważnie podchodzi do projektu aut elektrycznych, powstaje od razu ich cała gama, co odróżnia nas od konkurencji, która też, całe szczęście, działa w tym temacie. Zaskoczenie następuje od momentu wejścia do takiego samochodu i przekręcenia kluczyka, następne zaskoczenie mamy w momencie naciśnięcia pedału przyspieszenia. Samochody elektryczne to niespodzianka dla wszystkich dotychczasowych kierowców.
MK: Tym zaskoczeniem wobec tego zakończmy naszą rozmowę. Bardzo dziękuję za poświęcony nam czas.
GP: Dziękuję.
Data publikacji: 29.09.2010