Agata Raniecka – Prezes Zarządu Dixi-Car, uhonorowana zaszczytnym tytułem Motoryzacyjnego Menedżera Roku 2009. Zarządza firmą będącą dealerem Opla, Chevroleta i Isuzu (teren Warszawy i Radomia), odnoszącą jedne z największych sukcesów sprzedażowych.
Magda Drzewiecka: To pytanie słyszy Pani pewnie bardzo często. Jak kobieta czuje się na rynku, który uważany jest za typowo męski? Osiągnęła Pani na nim duży sukces - kobietom jest łatwiej, trudniej?
Agata Raniecka. Według mnie płeć w ogóle nie ma znaczenia. Przez przypadek znalazłam się w motoryzacji, na początku w działach zajmujących się częściami i to co stało się dalej było konsekwencją naturalnego rozwoju mojej kariery.
MD. Nigdy nie usłyszała Pani słów zdumienia?
AR. Ależ oczywiście, że tak. Niestety, krążąca, obiegowa opinia mówi, że kobiety w motoryzacji nie mają co robić. Pierwszą walkę odbyłam w firmach zajmujących się sprzedażą części zamiennych. Zatrudniałam tam dużo dziewczyn i czasem zdarzali się klienci, którzy pytali się, czy może mogą porozmawiać z jakimś panem. Gdy jednak zadawali konkretne pytania, a my im na nie odpowiadałyśmy powoli stało się to dla nich naturalne. Jeśli chodzi o kwestię zarządzania stacją zdziwienie czasem się zdarza, ale nie jest mi ani łatwiej ani trudniej – takie jest moje odczucie.
MD. Ale czy dostrzega Pani jakieś różnice w postrzeganiu Pani osoby?
AR. Być może tak, ale się z tego cieszę. W motoryzacji, na przykład przy sprzedaży flotowej liczą się relacje np. warto pójść z kimś na tzw. piwo. Ja w takich relacjach się nie odnajduję. Czasem jednak gdzieś chodzę i wtedy płeć staje się chyba moją przewagą, bo tematyka spotkania i atmosfera stają się zgoła inne – inaczej rozmawia się z kobietą a inaczej z mężczyzną. To jednak jest moje odczucie, nie musi więc być prawdą. Odnoszę też wrażenie, że mi pewnych rzeczy się nie zaproponuję i bardzo się cieszę, że tak jest. Uważam, że biznes da się robić bez układzików, choć gdy zaczynaliśmy pracę w 1998 roku wiele osób mówiło mi, że to niemożliwe. Całe szczęście jednak daje się – od lat jesteśmy w pierwszej trójce w Oplu. Oczywiście są momenty łatwiejsze i trudniejsze. Gdy dziś mamy na rynku kryzys o jednego klienta zabiega dużo więcej dealerów niż w przeszłości. Myślę sobie jednak, że to że jestem kobietą jest przewagą, bo o tym dużo się pisze i mówi. Kobiety również trochę inaczej prowadzą biznes.
MD. Na czym polegają te różnice w zarządzaniu?
AR. Powinnam powiedzieć, że nie wiem, bo moi koledzy powiedzieli mi ostatnio, że „mam jaja”, a więc zostałam zaklasyfikowana do grupy męskich managerów (śmiech), ale ogólnie mówi się, że kobiety stosują bardziej miękkie techniki zarządzania choć ja jestem osobą techniczną. Wydaje mi się też, że różnice dotyczą kwestii empatii choć znam dużo mężczyzn - dealerów, którzy są bardziej empatyczni niż ja. Zastanawiam się więc czy są różnice. Myślę, że jest to chyba tylko kwestia człowieka.
MD. Jest pani szefem bardziej nastawionym na zadania, na wyznaczanie celów czy bardziej dbającym o relacje?
AR. Zmieniam to. Lubię „zadaniówkę” i mierzenie się z celami, ale ponieważ jesteśmy firmą rodzinną, stricte polską i bez dużego akcjonariatu możemy bardzo elastycznie reagować. Czasem myślę, że to nasza przewaga, a czasem, że wada. Możemy sobie pozwolić na to, żeby było trochę gorzej niż jest, a z tego powodu komfort pracy w naszej firmie jest inny - nie ma aż takiego ciśnienia. Czasem patrzę na firmy, w których ludzie dostają odgórne cele i widzę pod jaką presją pracują. Jestem pewna, że to wcześniej czy później się na nich odbije. Zarządzam tak, że wymagania na pewno są, bo wszyscy pracownicy nie patrzą na mnie uśmiechając się i myśląc „mogę zrobić wszystko i nic mi się nie stanie”, ale nie też tak, że ktoś straci pracę, bo nie zrealizuje celu i chyba właśnie dlatego często te cele przekraczamy. Z drugiej strony zauważam, że świadomość braku ostrych konsewkencji za pewne działania powoduje, że pracownik niedostatecznie zmotywowany do pracy w firmie próbuje to wykorzystać, a to kładzie na nas, managerów nacisk na prawidłowy dobór kadry. Z nią bywa różnie.
MD. No właśnie jak z tą kadrą jest? Czy trafiają do Państwa tylko Ci, którzy mają doświadczenie w motoryzacji czy może również zatrudniają Państwo pasjonatów, młodych gniewnych?
AR. Przez całe lata nie zatrudnialiśmy ludzi z branży, z pominięciem mechaników, choć też paru uczyło się u nas od podstaw. Z założenia braliśmy ludzi, którzy podejmowali u nas swoją pierwszą pracę i szkoliliśmy ich. Najwyraźniej byliśmy w tym dobrzy, gdyż parę osób od nas pracujących niegdyś jako doradca czy handlowiec piastuje teraz dyrektorskie stanowiska. Podłoże daliśmy dobre.
MD. Dlaczego szukali Państwo ludzi bez doświadczenia. Są bardziej elastyczni?
AR. Gdy zaczynaliśmy, budowano wokół mnie obraz skorumpowanej i niedbającej o jakość branży. To były też inne czasy, bo w latach 90 to klienci stali w kolejkach po samochody, a nie samochody czekały na klientów. Styl pracy był zatrważający np. wydawało klientowi się niedomyty samochód, my nie chcieliśmy pracowników skażonych tym, że można robić coś „byle jak”, więc od początku bardzo o to dbaliśmy i nadal dbamy. Kiedyś było mi nieprzyjemnie, że klient nic nie wymaga, dziś jest tak, że klient wymaga za dużo. Sami zepsuliśmy ten rynek walką o klienta. To oczywiście nie znaczy, że jest źle, bo ja lubię wymagającego klienta, ale nie lubię tego, co się teraz szerzy czyli bezczelnego wyłudzania. Proszę zauważyć, co się dzieje w prasie - dziennikarze uczą klienta, co ma zrobić. Jednak wracając do tematu motoryzacja to biznes jak każdy inny. Moim zdaniem nie ma znaczenia, co się sprzedaje i wierzę, że tak jest. Trzeba tylko chwili, żeby się tego nauczyć. Ja mogę się przyznać bez bicia, że nie znam się na samochodach. Znam się na ich budowie, wiem co jest w środku, bo przez 7 lat sprzedawałam części, ale czasem nie potrafię rozpoznać marki.
MD. Ople rozpoznaje Pani bezbłędnie?
AR. Ależ absolutnie. Czasem patrzę przez okno i zastanawiam się: „ Corsa czy Astra?”. Nie pasjonuję się samochodem samym w sobie, pasjonuję się zarządzaniem i organizowaniem. Czasem brak mi tej pasji, ale całe szczęście mam ludzi z pasją wokół siebie.
MD. Wspomniała Pani o braku doświadczenia motoryzacyjnego osób, które starały się o pracę u Państwa. Czy te osoby nie miały żadnego doświadczenia , a na przykład wykazywały tę pasję?
AR. Jak najbardziej. Wolę pracować krócej z fajnym, bystrym człowiekiem niż dłużej z kimś słabo rozgarniętym. Wszyscy nasi handlowcy są po wyższych studiach i my wiemy, że to przystanek w ich karierze. Struktury dealera nie dają dużo miejsca do awansów wewnętrznych i ci ludzie kiedyś będą musieli wyfrunąć. Traktuję to jednak pozytywnie, bo może kiedyś wrócą do nas jako klienci lub, o ile w tą stronę pójdą, współpracownicy z innych firm motoryzacyjnych. Po odpowiednim coachingu, po 3-6 miesiącach ludzie bez doświadczenia to doskonali handlowcy. Podobnie doradcy. W tej chwili w zespole mamy tylko jednego doradcę, który pracował w motoryzacji. Cała reszta to ludzie, którzy uczyli się u nas w DIXI. Teraz robiąc nabór mamy czasem kandydatów z branży, bo rynek się zmienił. To już inna kadra. Dealerzy się łączą, coś się ciągle na rynku dzieje i znajdujemy bardzo fajnych ludzi z motoryzacyjnym doświadczeniem, z bardzo dobrymi nawykami i wysoką jakością obsługi. Nadal jednak stawiam bardziej na profil człowieka niż na doświadczenie,a doświadczenie w branży jest zgodnie z treścią ogłoszenia tylko mile widziane. Nadal nie jest konieczne ani wymagane. Nigdy też nie zastosowałam techniki wyjęcia pracownika ze stacji – to kwestia założeń. Nie chcę tego robić.
MD. Wspomniała Pani, że do tej branży trafiła przypadkiem, jeszcze w czasie studiów?
AR. Tak – kończyłam geodezję, a więc coś zupełnie innego.
MD. Jesteśmy otoczone różnymi statuetkami, różnymi nagrodami. W 2009 roku dostała Pani tytuł „Menedżera roku”. Co takie nagrody sprawiają – motywują czy stawiają jeszcze wyżej poprzeczkę, a tym samym przerażają, że cały czas jest się na dozorowanym?
AR. Mnie ta nagroda na prawdę bardzo mile zaskoczyła i podniosła mi poprzeczkę, bo absolutnie, na prawdę absolutnie się jej nie spodziewałam. To że byłam nominowana nie było zaskoczeniem, bo jestem osobą, która lubi się dzielić wiedzą i która, gdy coś ją zainteresuje pojedzie na spotkanie czy zastuka do jakichś drzwi - to kwestia charakteru. Wiadomo, że gdy się kogoś nagradza to istnieje pewna grupa dealerów o których coś się wie i na pewno w tej grupie jestem. Na pewno jednak w grupie ludzi, których ja znam jest dużo osób, którzy mi imponują. Czy są więc lepsi niż ja? Na pewno są. Wierzę, że takie nagrody dostaje się za spektakularne osiągnięcie w ostatnim okresie albo na uwieńczenie pełnej sukcesu drogi, a ja mam jeszcze przed sobą i jedno, i drugie (śmiech). Na pewno jestem osobą, która konsekwentnie buduje wartość, więc wydaje mi się, że ta nagroda to bardziej dostrzeżenie kobiety i właśnie chęci jednoczenia rynku, wychodzenia w kierunku innych dealerów, otwartości na to co się dzieje. Głęboko wierzę, że gdyby większa grupa dealerów uwierzyła, że zamiast tylko konkurować razem możemy więcej to i dla branży, i dla każdego z nas byłoby to lepsze. To co często robię to takie „męczenie się”, nie chodzenie na skróty. To pewnie daje mniejsze zyski, ale daje mi też przyjemność. Życie ma się jedno i trzeba mieć z niego trochę przyemności. Myślę, że to jest kluczem zarządzania – taka spójność z własnym wnętrzem. Często ścigam się sama ze sobą, ale nie łamię wartości, które wyznaję, ciągle się rozwijam. Tak też dobieram ludzi. Ostatnio stwierdziłam, że moja kadra jest trochę „za grzeczna” i trochę zbyt poukładana (śmiech), ale patrząc na wyniki na pewno nam się to zwraca. Być może przyciągamy inną grupę klientów, trafiamy w niszę. Męczyłabym się z innymi ludźmi i nie oto chodzi.
MD. Aktywnie działa Pani w temacie jednoczenia się całej branży, łączenia się ponad podziałami. Ciągłe działanie w kilku stowarzyszeniach,zarządzanie dużym dealerstwem. Jak znaleźć na to wszystko czas?
AR. Jest pewien cykl życia pracownika, managera – w pewnym momencie niektóre rzeczy już nie wystarczają. Ja całe życie byłam bezsprzecznie społecznikiem – przewodniczącym szkoły, klasy, na studiach założycielem kół. Taki mam charakter, że lubię pracę z ludźmi i jestem dobra w organizacji. To dla mnie naturalne – nie musiałam się tego uczyć. Gdy firma zaczęła pracować jak w zegarku nudziło mi się i stowarzyszenia były czymś nowym. Poza tym gdy ma się taki charakter to i ludzie ciebie dostrzegają i szukając w innych zapalnika ciągną do robienia różnych rzeczy. Dlaczego tyle robię? Gdy działa się charytatywnie to powinno się mieć z tego dużą frajdę, gdy tej frajdy zaczyna brakować szuka się czegoś nowego. Miałam taki moment, że stwierdziłam, że tyle osób potrzebuje pomocy, tyle domów dziecka, a ja swoją energię kieruję ku dealerom, z których żaden nie klepie biedy, nie potrzebuje wsparcia. Były więc takie momenty, że zatrzymywałam się i zastanawiałam: może pora na coś innego i na przykład przez kilka lat bardzo aktywnie udzielałam się w radach rodziców w szkołach moich dzieci.
MD. A jak dobrze rozplanować ten natłok zajęć?
AR. Jak dzielić czas? Nie ma co być skromnym, jestem szybka i potrafię różne rzeczy robić szybko. To też kwestia ustalania priotytetów. Zauważyłam też, że świętą prawdą jest, iż czym więcej zajęć tym więcej czasu. W tej chwili mój mąż jest na nartach, a ja bez problemu wstaję o 6 – szybko zrobię wszystko w domu, wychodzę z dziećmi i absolutnie nie czuję się zmęczona. Nawet poszłam na tenisa i i na jogę. Dobry rozkład czasu to kwestia planowania. Gdy masz dużo na głowie to zaczynasz planować. Na pewno pomaga mi też to, że coraz bardziej uczę się mówić nie – to mnie cieszy, bo w przeszłości miałam z tym duży kłopot. Wiele rzeczy mnie interesuje, najchętniej wszystko bym zrobiła. Uwielbiam coś robić i to jest akurat tragedia (śmiech).
MD. Jak można nauczyć się asertwyności? Czy trzeba tylko czasu i cierpliwości?
AR. Potrzeba subiektywnej oceny co cięnajbardziej interesuje. Gdy widzę, że mam ochotę zagrać w tenisa, bo dawno nie grałam i powoli go zapominam, to muszę właśnie znaleźć tę godzinę. Dziś, gdy ktoś mi mówi, idź na to spotkanie, to najpierw czytam jego plan i gdy widzę, że nic mi to nie wniesie ani że ja tam nic nie wniosę, to po co mam tam iść, dla zasady, pokazania się? Uwielbiam jednak szkolenia i chodzę na nie systematycznie. Czasami tylko siedzę i myślę o czymś innym, bo to co mówią już wiem. Z reguły jednak pada jedno zdanie , które mnie zainspiruje,a więc bez arogancji. Jest tyle nowych rzeczy.
MD. Pani również uczy. W Akademii Koźmińskiego planowane są studia poświęcone zarządzaniu w motoryzacji na których jest Pani wykładowcą. Co chciałaby Pani przekazać takim ludziom. Jaki jest Pani cel?
AR. Akademia ma dopiero ruszyć, więc jeszcze nie wykładamy. Jestem natomiast przekonana, że ma ogromny sens: uczy przełożenia teorii na praktykę. Sama borykałam się kiedyś z podobnymi problemami. Gdy zaczynałam pracę w branży znalazłam dwóch dealerów, którzy chcieli się ze mną podzielić tym, co potrafią. Pojechałam do nich, a oni mi pokazali, jak to robić. Dzisiaj znalazłam też takich dealerów w Warszawie - rozmawiamy o biznesie, pokazujemy sobie cyfry, takich osób jest jednak mało. Tymczasem pomiędzy wiedzą teoretyczną i praktyczą jest ogromna dziura. Nie mam oporów by dzielić się doświadczeniem. Ponieważ rozwijam się codziennie to nie czuję zagrożenia, bo ja jutro będę już w innym miejscu. Nie ma nic cenniejszego dla człowieka, który prowadzi biznes, dla ludzi którzy zaczynają niż skrócenie odstępu między tym, co w teorii, a tym co w praktyce. Zarządzanie przez cele ma zgodnie z definicją cztery punkty i ja się z tym zgadzam, ale potem w życiu pojawia się jeszcze pytanie: jak to wdrożyć? Jak coś napisać to możemy wiedzieć wszyscy, ale jest też realne życie. Jeśli ktoś z nas już to robił i wie jak sobie radzić: z oporem pracowników, z samym sobą, z własną motywacją to my w Akademii chcemy to przekazać . Ja też chętnie znalazłabym teraz mentora. Musi on być dla ciebie autorytetem i tak się czasem rozglądam i mówię „O z tobą bym pogadała”, tylko czy on chce ze mną rozmawiać?
MD. No właśnie, musi być chęć dzielenia się doświadczeniem?
AR. Tak i po to ten program jest, by ludzie z obopólną przyjemnością ze sobą rozmawiali. To budowanie nowego standardu na rynku. Oczywiście w firmach można się wzajemnie coachować, ale o pewnych rzeczach nie chce się rozmawiać i słusznie. Komuś z zewnątrz bez oporów można opowiedzieć, jakie ma się dylematy i ma się wrażenie, że można się przed nim odkryć, dalej rozwijać.
MD. Jak ocenia Pani rynek motoryzacyjny nie pod kątem sprzedaży i obecnego kryzysu, ale pod kątem pracowników. Dużo opowiadała Pani o standardach, o tym, że kiedyś ich nie było. Jak wygląda to teraz ? Czy dużo osób szuka pracy?
AR. Bezsprzecznie kłopot mam z managerami niższego i wyższego szczebla. Mimo, że dla wielu osób praca w dealerstwie jest fajna i nobilitująca, w hierarchii przedsiębiorstw dealer to nie miejsce, do którego ambitny człowiek dąży. On się tu może zatrzymać. Ludzi nęci praca dla importera, banku, leasingu, dużego wynajmu. Dlaczego? Bo w historii kariery człowieka, który dopiero ją buduje są ciekawsze miejsce niźli praca „gdzieś” u dealera. Ostatnio jednak przeprowadzałam rekrutację na stanowisko Szefa Serwisu i przychodzący ludzie z korporacji byli, jak „zbici”, chcieli tylko znaleźć pracę. Z takim nastawieniem zaangażowanie może być niewielkie. Choć zdarza się, że trafi się na człowieka, który odkryje w takich firmach, jak nasza to co jest kluczowe i czego wiele ludzi nie dostrzega. Praca w mniejszej organizacji jest z reguły dużo ciekawsza, bo daje dużo większą samodzielność, decyzyjność, frajdę ze zmierzeniem się z zadaniami. U nas dostaje się pewną działkę, informację w którą stronę podążamy i .... możesz się sprawdzić. W korporacjach sukces nie jest twój. Tu możesz zabłysnąć i wypłynąć. Spróbować pomysłów, które tam by nie przeszły lub ktoś mógłby ci je ukraść. My potrafimy powiedzieć „trudno to nie jest zgodne z budżetem, ale spróbujemy tego, bo to fajne”.
MD. Co doradziłaby Pani ludziom, którzy kończą studia, chcieliby pracować w motoryzacji, bo na przykład są wielkimi jej pasjonatami, ale boją się. Skończyli studia humanistyczne, a stereotypowe przekonanie mówi, że motoryzacja to praca nie dla nich.
AR. Strach nie pomaga w niczym, strach trzeba łamać. Jest pożyteczny, ale trzeba go dawkować, więc tu nic nie poradzę – trzeba stosować techniki by się otworzyć. Szczerze mówiąc mamy też dzisiaj inną młodzież i czasem naprawdę zastanawiam się, co poradzić młodym ludziom, bo większość z nich, których spotykam nie ma pojęcia czego chce. Czasem przychodzą do mnie na rozmowę, a gdy pytam się co chcą robić za 5, 10 lat, czy chcą być pracownikiem czy pracodawcą – nie wiedzą. Taki pracownik to trochę jak kula u nogi, bo nie ma determinacji, nie wie czego chce, i w konswekwencji niby wszystko jest dla niego dobre. Z przerażeniem obserwuję, ze coraz więcej jest takich ludzi. Nie wierzę w różnicę pokoleń, ale gdy przypominam sobie jak ja i moi znajomi studiowaliśmy, pracowaliśmy, robiliśmy mnóstwo rzeczy to się dziwię. Poza tym dziś młodzi ludzie chcą bardzo dużo zarabiać, to być może też kwestia mediów, które krzyczą, że 5 tysięcy to mało. Tymczasem z drugiej strony piszą, o ludziach,którzy nie mogą znaleźć pracy za 1 500. Ja bym radziła trenowanie ludzi w znajdowaniu swoich marzeń, żeby wiedzieli co chcą. W tej chwili mamy w zespole osobę po iberystyce, pracowałam z ludźmi po studiach filozoficznych, HRowych. Jeśli praca u mnie przybliża kogoś do marzeń to ja taką osobę zatrudnię. Nawet jeśli te marzenia to chęć nauczenia się obsługiwania faksu czy komputera, komunikowania z ludźmi, otrzymania pierwszej lekcję, jak się ubierać do pracy. Jeśli natomiast są ludzie, którzy nie wiedzą nic i myślą, że ja w nich coś odnajdę to niestety nie mają szans.
MD. W rozmowie z p.Wojciechem Halrewiczem powiedział on MotoKarierze, że biznes nie znosi arogancji, a młodzi ludzie, prosto po studiach są ostatnimi czasy aroganccy.Mają wrażenie, że zawojują świat, ale to nie marzenia i idealistyczne wizje tylko arogancka pewność siebie i pewność, że są najlepsi...
AR. Moim zdaniem trzeba rozdzielić typową arogancję od tego, żektoś ma plan. Czasem lubię ludzi z pewnym poziomem pychy wewnętrznej, ale tylko wtedy, jeśli widzę, że do czegoś zmierzają, idą wytyczoną ścieżką. Dziś strasznie modne są szkolenia NLP, by odnieść sukces trzeba napisać na kartce, gdzie się będzie za 10 lat. Ważne jest budowanie czegoś, ale trzeba pamiętać, że swoje kompetencje należy szlifować cały czas. Wtedy bowiem rodzi się pyszałkowatość i nic więcej. Ta arogancja wynika chyba z tego, że nam się nagle w Polsce zrobiło dobrze. W domach ma się wszystko na gwizdek, a gdy pyta się dziecka co by chciało na urodziny, ono mówi „nic”. Dziecko nie ma marzeń, bo byt codzienny daje mu wszystko. To niebezpieczne i smutne. Jestem przerażona jak wiele osób nie ma pomysłu na siebie, bo boją się go mieć. Sami nawkładali sobie do głowy ograniczeń i boją się je usunąć, a dla mnie jako pracodawcy są mało atrakcyjni, bo ja też szukam partnera. Lubię ludzi trochę niepokornych, bo z tej niepokory coś się rodzi.
MD. Szuka się ludzi, którzy dążą, pragną, chcą?
AR. Ta niepokorność w człowieku, który ma pakiet fajnych kompetencji , nawet niedoszlifowanych to bardzo fajna mieszanka. Takich pracowników jest jednak mało, bo albo od razu mają ambicje emigracyjne albo marzą im się wielkie korporacje – od razu chcą być prezesami i czasem faktycznie mam spotkania z 30 letnimi zarządzającymi, są dziwne.
MD. Czy mogłaby mi Pani opowiedzieć coś o swojej pracy? Pracuje Pani na stanowisku, które dla niektórych jest bardzo tajemnicze – nie wiedzą z jakimi działaniami się wiąże.
AR. W DIXI nie pracuję operacyjnie w potocznym rozumieniu operacyjności. Nie mam na codzień umówionych spotkań z klientami choć oczywiście czasem się z nimi spotykam. To co dla mnie ważne to obserwowanie tego, co robią moi szefowie, którzy mają ogromną odpowiedzialność. Lubię przyglądać się co robią, wtrącać się w to, co robią, ale staram się jak najmniej ingerować. Najczęściej analizuję co się dzieje - patrzę na cyferki, a potem porównuję je z tym co mówi szef. Bardzo lubię czytać, analizuję kwestię usprawień. U nas w DIXI wprowadzamy wiele zmian, moi pracownicy mówią nawet, że dużo za dużo (śmiech). Głęboko wierzę jednak, że rynek tak szybko się zmenia, że brak zmian oznacza cofanie się. Czytam więc, planuję, a potem spotykam się z szefami i proponuję im różne usprawnienia. Kocham usprawniać, uwielbiam procesy, analizuję je bardzo systematycznie, patrzę jak było, jak mogłoby być. Lubię to robić sama – biegam wtedy po firmie, rozmawiam z każdym pracownikiem zaangażowanym w proces, patrzę co robi i jak. Ostatnio zaczęłam robić szkolenia dla pracowników, jeśli wyłapuję jakieś luki to staram się sama podnosić standard. Ważny jest też codzienny coaching dla ludzi – ponieważ chciałabym mieć na to więcej czasu w tym roku staram się to zmienić. No i oczywiście strategiczne cele firmy – dzielenie się z ludźmi doświadczeniami, spotykanie się z nimi, kontrola aspektów finansowych – czy np. nie wydajemy pieniędzy w absurdalny sposób, seria spotkań: z importerem, stowarzyszeniem, innymi związkami. Czytanie tego, co się dzieje w branży, odwiedzanie targów.
MD. To są bardziej książki z zarządzania czy teksty poświęcone motoryzacji?
AR. Czytam wszystko. Szczególnie dużo książek poświęconych rozwojowi osobistemu i zarządzaniu, bo w nich jest dużo ważnych aspektów. Sporo czytam z zakresu marketingu. Czasem rozkład mojej pracy wynika z ciągu dnia – coś niby głupiego się wydarzy, zadzwoni telefon, ale w głowie zaczyna się coś otwierać i inspiruje. Zarządzaniem bieżącym zajmują się moi szefowie, więc mam czas na wizje.
MD. To bardzo cenne
AR. Tak, gdy Prezes zbyt zaangażuje się w codzienne działanie to w firmie może brakować świeżego spojrzenia choć w obecnej sytuacji rynku takie spojrzenie może być żałosne – do smutnych wniosków niestety można dojść.
MD. I na koniec jeszcze jedno pytanie. Mają Państwo placówkę zarówno w Warszawie, jak i w Radomiu. Czy jest rozdźwięk między dużym miastem, a miastem mniejszym. Czy dostrzega Pani różnice, jeśli chodzi o ludzi szukających pracę, o standardy, oczekiwania?
AR. Ostatnio ktoś przymusił mnid do odpowiedzenia na takie pytanie i gdy pokazałam to moim pracownikom w Warszawie, oburzyli się, jak mogłam powiedzieć, że tam jest większa atencja, a tu bardziej anonimowo. Ich zdaniem absolutnie nie! (śmiech). Na pewno w Radomiu jest taniej w kwestii inwestycji, dużo taniej. Jeżeli chodzi o zyskowność to poglądy są różne. Dealerzy z mniejszych miast uważają, że nie ma to jak w stolicy, a my z Warszawy uważamy, że nie do końca tak jest choć oczywiście to kwestia marki i historycznego ułożenia w regionie. To też kwestia odpowiedzialności za biznes - warszawski biznes to minimum 50 ludzi. Tam 20 osób. Komfort bieżącej pracy jest zgoła inny. Do tego wchodzi kwestia wartości i jakości. Dzisiaj budowanie wiarygodności to czasochłonny kroczek za kroczkiem. Dziś w dobie internetu można zniszczyć to, co się robi latami i to błyskawicznie, i to się niestety dzieje. Na pewno na takim lokalnym rynku jest się bliżej klienta. Ja czuję tą różnicę, ale to ja. Widzę tam większy spokój. W Warszawie mamy czasem klientów którzy lubią przyjść, posiedzieć, pogadać. Większa jest jednak część osób, która przychodzi, mówi co chce i wychodzi, nie chcą nawet zostawić do siebie kontaktu. Co mnie w Radomiu niemile zaskoczyło, bo nie chcę wierzyć by tak było w większości mniejszych miast - to fakt, że dużo łatwiej nawiązało mi się wspó łpracę i przyjaźnie z innymi dealerami tutaj, w Warszawie. Tam ludzie są bardziej nieufni, czują się zagrożeni. Mnie konkurencja mobilizuje, nie czuję uczucia jakim jest lęk przed konkurencją, ale tam, ludzie którzy zbudowali przedsiębiorstwa, mają duże obiekty, zarządzają firmą, boją się, a taki lęk codzienny w biznesie jest niebezpieczny. C iężko jest też z ludźmi w Radomiu, szczególnie w kwestii odległości do Warszawy. Dyrektor Zarządzający placówki przeprowadził się, ale nie mogłam znaleźć na rynku managera. Były oczywiście kandydatury, ale nie takich ludzi, jakich szukałam. Pod tym względem jest trudno. Szokujące dla mnie było to, że postawa tych ludzi jest bardziej roszczeniowa niż w podobno bardzo rozpasanej Warszawie. To irracjonalne – tam jest duże bezrobocie i człowiek, powinien zabiegać o pracę, a ja napotykałam tylko roszczenia i arogancję. Niestety byliśmy zmuszeni wymienić sporo kadry tam, bo nie umiem pracować z takimi ludźmi. Lubię pracowników, którzy umieją o siebie zabiegać, ale lubię też rozmowę na argumenty, a tam mi takiej brakowało.
MD. Dziękuję bardzo za rozmowę.
AR. Ja również dziękuję.
Zapraszamy także na bloga Pani Agaty Ranieckiej - http://www.dixi-car.pl/blog/
Data publikacji: 11.03.2010